W mojej muzycznej kolekcji znajduje się kilka pozycji, które darzę ogromnym upodobaniem ze względu na ich swoistą nieprzewidywalność. Jedną z takich płyt jest Narcotango vol. 2. Już w niezwykle słynnym, pierwszym albumie Narcotango Carlos Libedinsky (prawdziwy tangowy omnibus, w końcu kompozytor, muzyk ale także i tancerz), udowodnił, że słuchacza da się zaskoczyć nawet operując formą muzyczną, która zdawać się może już ustalona i niezmienna.
Drugi album Narcotango wydaje mi się poniekąd niedoceniany. A jest mnóstwo powodów, dla których można go (i powinno się) uwielbiać. Libedinksy lawiruje pomiędzy wampirycznym niemalże erotyzmem (prawdziwie wampirycznym – bez wegetarianizmu i skrzących się za dnia niczym kryształy babci utapirowanych chudzielców) wyczuwalnym w utworach Esa, czy Tres son multitud, klasycznie pojętą tęsknotą i sentymentem (Esta noche i El aire en mis manos) klubową, nocną, tajemniczą atmosferą (zaskakująca Sarasa) czy przykładami szalenie odważnego eksperymentatorstwa – utwór Rescate doskonale wykorzystujący brzmienie klubowej elektroniki lat dziewięćdziesiątych dosłownie ściął mnie z nóg.
Bez wątpienia każdy bez problemu znajdzie na tej płycie coś, dla siebie. Twórcy albumu mogę zarzucić tylko jedno – album jest zbyt krótki. Za każdym razem czterdzieści dwie minuty kompozycji Libedynskiego upływają, zanim zdołam się jego muzyką porządnie nacieszyć. Każdemu gorąco polecam zarówno tę płytę jak i każde inne dzieło tego znakomitego muzyka.

